Folwark Misia
Miś miał swój prywatny folwark. Prywatny folwark za pieniądze podatników. Ale co tam, nie było mowy o wyrzutach sumienia czy coś w tym stylu. W przeliczeniu na jednego podatnika to grosze, a tu chodziło o coś więcej. O uszczęśliwienie jego Pani. Chciała wykładzinę, miała wykładzinę. Chciała panele, to miała panele. Bał się grymasu niezadowolenia czy zniecierpliwienia na jej twarzy, ale jeszcze bardziej przerażał go ten mały, nieskomplikowany przedmiot. Wyrocznia. To wahadełko sterowało jego życiem. Na zewnątrz niezależny, pewny siebie, a tak naprawdę Miś drżał jak zastraszone dziecko, gdy Pani brała wahadełko do ręki.
Jednak zapominał o wszystkim w chwili, gdy pomachawszy chwilę przerywała nieznośną ciszę słowami „dobrze, możesz dziś pomasować moje stopy”. To zdanie rekompensowało wszystko, choć czekał na nie nieraz tygodniami. Same zdjęcia nie wystarczają, zanurzenie się pod biurko w celu muśnięcia, czy choćby powąchania jej stóp było tym, co nadawało sens jego życiu. Każdą taką chwila ładował akumulatory w oczekiwaniu na więcej.